Porady ekspertów, jak żyć z niekochanymi? Często można zaobserwować takie sytuacje, że nie ma już miłości, ale trzeba żyć razem. Co robić w tym przypadku? Jak nauczyć się żyć bez miłości: po pierwsze Staraj się nie robić pustych kłótni. Kto tego potrzebuje? Ciągłe wyjaśnianie związków tylko psuje nastrój każdemu.
Nienawidzę tego, że zawsze masz rację, i kiedy kłamiesz. I gdy mnie rozśmieszasz i zmuszasz do płaczu. Nienawidzę, kiedy cię nie ma i kiedy nie dzwonisz. ale najbardziej nienawidzę
Jak stawić czoła, gdy twój mąż jest agresywny emocjonalnie; 1. Zwiększ swoją samoocenę; 2. Sięgnij po wsparcie; 3. Uzyskaj więcej informacji na temat przemocy emocjonalnej; Jak żyć z mężem stosującym przemoc emocjonalną; 1. Wyznacz granice; 2. Przygotuj plan bezpieczeństwa; 3. Puść urazę; Co robić, gdy mąż zaczyna
Jednej przyczyny psychozy poporodowej nie zidentyfikowano, ale często jest ona spowodowana zaburzeniami hormonalnymi. Kiedy kobieta mówi: "Nienawidzę swojego dziecka", nie należy jej przekonywać innymi słowami. Po prostu potrzebuje pomocy i badania lekarskiego, rozmowy z psychoanalitykiem.
Ona przez lata robiła karierę i nie spotkała mężczyzny, z którym mogłaby zbudować związek albo nie miała na to czasu, a potrzeba zostania matką stawała się coraz silniejsza, bo, jak mówią, "bił jej licznik". Gej, którego wybrała na ojca swojego dziecka, był jej najbliższym przyjacielem. To jej decyzja i jego.
Będziesz w stanie przezwyciężyć gniew i inne negatywne uczucia. Przestań karmić się negatywną energią nienawiści. Czasami wspomnienia szczęśliwego czasu z byłym mężczyzną pomagają uporać się z powstałą wrogością. Przyjemne chwile z poprzedniego życia jasno pokazują, że nie ma szczególnego powodu do nienawiści.
. Agusiek dziękuje Ci kochana bardzo...jeśli będę potrzebować rady i pomocy to napewno się do Was odezwę... Ja sobie ciągle powtarzam ,że muszę być silna i wierzyć ,że jakoś sobie pordzę z tym wszystkim ,że będzie dobrze....i Wam też tego życzę.... Mój numer gg 4260955 jakby któraś z Was chciała porozmawiac Odpowiedz Monia, Agusiek :usciski: Wierzę, że te problemy są tylko tymczasowe i że panowie po prostu nie radzą sobie z tą nową, inną sytuacją. Przykro mi, że Waszym kosztem... :( ... ale jestem przekonana, że wszystko niedługo wróci do normy. Bardzo Wam tego życzę. Ściskam mocno i równie mocno trzymam za Was kciuki. Odpowiedz Monia1983 napisał(a): Agusiek podziwiam Cię i zazdroszczę Ci...ja nie umiem być taka jak Ty a bardzo bym chciała...ale może po narodzinach będzie inaczej...może będę bardziej silniejsza... Monia, ja się boję jak cholera :( czasami ten strach mnie przerasta, ale nie mogę sobie pozwolić na to żeby się w nim pogrążyć. Nie mam na kogo liczyć, mam tego męża i siebie. Moi rodzice oboje nie żyją, brat ma własną rodzinę. Od kilku lat żyję z maksymą: umiesz liczyć - licz na siebie. Muszę być silna - dla dziecka.... Choć czasem aż pękam z chęci wypłakania się komuś.... Mam teściową, super kobieta, ale to jednak nie to samo co mama, mam przyjaciół... no ale ile można im płakać.... dlatego jestem taka jaka jestem, co wcale nie jest łatwe. Monia trzymam kciuki za Ciebie i Twojego męża. Powolutku napewno wszystko wróci do normy, najważniejsze że się kochacie i powtarzaj to sobie często Nigdy już nie będzie tak samo jak wtedy gdy byliście tylko we dwoje, ale nie znaczy że będzie gorzej. A jak Ci źle to pisz tutaj, pisz do mnie na GG 281888 jak chcesz. Czasem po prostu dobrze się wygadać - przynosi to ulgę i od razu patrzysz na świat w bardziej różowych niż szarych okularach ;) Odpowiedz Martusia napisał(a):Agusiek, sądząc z tego co piszesz, to jesteś mądrzejsza ode mnie:) bo potrafisz się zdystansowac, przeczekać...Ja nie potrafiłam i miotałam się strasznie. Zresztą już kiedyś (przed ciąża) też mnie pocieszałaś w jednym wątku ;) Teraz już mi sie nieco w głowie zmieniło i troche inaczej patrzę na pewne spr, no i w końcu potrafię sie zdystansować. Agusiek jeszcze wiele tygodni przed Tobą, więc uzbrój się w cierpliwość;) Martusia pamiętam :usciski: nie wiem czy jestem mądrzejsza, też się miotam, też wychodzę z siebie czasem, ciskam się, drzemy się czasem na siebie i kłócimy okropnie.... tyle że ja po takiej jeździe po prostu padam :( i potem sobie wyrzucam że szkodzę dziecku.... więc w żłych momentach po prostu zaciskam zęby, łykam łzy i idę się się zakopać pod kołdrę bo na nic innego sił nie starcza na szczęście udaje mi się z mężem rozmawiać i mam wrażenie że coś tam jednak do niego dociera zobaczymy co czas przyniesie :) Odpowiedz Dziewczyny tak czytam i czytam.....i sama nie wiem co napisać Ja podobne jak Wy przed innymi próbuje pokazać...jaka to ja jestem twarda, jaka szczęliwa....i niczego się nie boje...a tu gówno prawda....twarda nie jestem...szczęśliwa...tylko z powodu tego ,że będę mieć dziecko...bo bardzo go pragnełam....a boje się wszystkiego...porodu, czy sobie ze wszystkim poradzę...a jeśli mąż mi nie pomoże....to co mam zrobić....mam rodziców u których obecnie mieszkamy...ale przecież to Nasze dziecko a nie ich....wiadomo pomogą ale nie chcę ich tym obarczać... Boje się bardzo....do tego pojawiły się te problemy z szyjką...coraz częściej mam delikatne skurcze i jeszcze bardziej się denerwuje...a nie powinnam.... Niby dzisiaj jest lepiej...mąż mi pomaga sprzatać...rozmawia się ze mną....wybieramy imię....ale jakoś nie czuje się zbyt pewnie..... Co do gazet....dokładnie...lansują takie piękne i kolorowe życie przyszłych rodziców...ach jacy to są szczęśliwi...jacy zakochani...jaka ich teraz łączy wspaniała wieść....halo...czy nikt tego nie widzi, ze wcale tak nie jest....człowiek napoczątku się naczytał takich rzeczy i wierzych...Boże jak to będzie pięknie...bedzie mnie mąż na rękach nosił...a tu co...takie rozczarowanie i tyle cierpienia.... Czuje się taka słaba i bezbronna i jest mi tak bardzo żle....tylko ten maluszek w brzuszku dodaje mi siły i wiary w to ,że bedzie lepiej.... Agusiek podziwiam Cię i zazdroszczę Ci...ja nie umiem być taka jak Ty a bardzo bym chciała...ale może po narodzinach będzie inaczej...może będę bardziej silniejsza... Odpowiedz Agusiek, sądząc z tego co piszesz, to jesteś mądrzejsza ode mnie:) bo potrafisz się zdystansowac, przeczekać...Ja nie potrafiłam i miotałam się strasznie. Zresztą już kiedyś (przed ciąża) też mnie pocieszałaś w jednym wątku ;) Teraz już mi sie nieco w głowie zmieniło i troche inaczej patrzę na pewne spr, no i w końcu potrafię sie zdystansować. Agusiek jeszcze wiele tygodni przed Tobą, więc uzbrój się w cierpliwość;) Monia, a jak tam u Ciebie? Odpowiedz Martusia napisał(a):Agusiek napisał(a):Martusia odgrywanie szczęśliwej nie pomagało. Przestałam i zaczęło mi być po prostu lepiej z samą sobą no i bardzo dobrze. Ja się okropnie męczyłam. Mój mąż nie raz usłyszal coś takiego jak Twój. Ale wierz mi, że nie ma co teraz gdybac i zastanawiać się jak to będzie później, jaki On będzie, czy np. już teraz wypominać mu, że jest kiepskim ojcem (ja to się chyba i do tego posunęłam ) Na razie się na nic nie nastawiam, żyję sobie z dnia na dzień w tej chwili dość uspokojona i jest dobrze. Nie walczę z nim, jak ma złe chwile i je wyladowuje na mnie olewam go totalnie, rozmawiam z nim dopiero jak jest zdolny do rozmowy. Wiem że będzie dobrym ojcem, bo jedyną sprawą która go teraz stopuje jest właśnie dziecko i jego dobro. Wiem ile czasu potrafi spędzić z ręką na moim brzuchu.... ale też widzę że sters związany z sytuacją czasem niestety znajduje ujście nie tam gdzie trzeba Wiem że kiedyś będę podchodzić do pewnych rzeczy które się teraz wydarzyły z mniejszymi emocjami, więc polecam wszystkim które mają taki problem po prostu wziąć i przeczekać - choć to chyba najtrudniejsze Odpowiedz Agusiek napisał(a):Martusia odgrywanie szczęśliwej nie pomagało. Przestałam i zaczęło mi być po prostu lepiej z samą sobą no i bardzo dobrze. Ja się okropnie męczyłam. Mój mąż nie raz usłyszal coś takiego jak Twój. Ale wierz mi, że nie ma co teraz gdybac i zastanawiać się jak to będzie później, jaki On będzie, czy np. już teraz wypominać mu, że jest kiepskim ojcem (ja to się chyba i do tego posunęłam ). A teraz naprawdę jest inaczej. Co prawda mój mąż nie spędza z dzieckiem jakoś straszliwie dużo czasu i właściwie to nic przy nim nie robi poza zabawą, ale mnie to specjalnie nie przeszkadza, bo ja się lubię dzieckiem zajmować. Podobno źle robię, że tak go przyzwyczaiłam, że nie musi nic przy Maćku robić, ale trudno. (Ale jak ja np. chcę wyjść gdzieś sama, to on z dzieckiem zostaje). Ja się jeszcze martwiłam o to, że skoro w ciąży czuję się tak fatalnie, to pewnie depresja poporodowa murowana, ale nic mi się takiego nie przydarzyło. Mimo tego, że poród był wywoływany i naprawdę koszmarny, a przed nim leżenie w szpitalu. Ja się też b. pozytywnie nastawialam na to co mnie czeka (- opieka nad dzieckiem itp) i to mi chyba dużo dało. Nie wiem czy mam takie cudowne dziecko, ale jeszcze mi się nie zdarzyło, zeby mi nerwy puscily, wiec to niekoniecznie musi byc tak, ze po porodzie to sie dopiero zacznie...Dziecko kiedys w koncu zasypia i wtedy ma sie czas dla siebie i dla meza. Zobaczycie dziewczyny, bedzie dobrze, tylko trzeba myslec pozytywnie;) Wiem, ze mi to teraz dobrze mówić, a będąc w ciąży, nie wiedziałam co to słowo oznacza Zresztą założyłam jakiś czas temu wątek o samotnych mamach, bo byłam święcie przekonana, że nią zostanę. Czasem sobie myślę, że bardzo żałuję, że tak mi się ułozyło w czasie ciąży. Nie wiem czy mogę powiedzieć, ze już wybaczyłam...Chyba jeszcze nie do końca, a juz na pewno nie zapomnę. Szkoda....bardzo szkoda... Odpowiedz Martusia odgrywanie szczęśliwej nie pomagało. Przestałam i zaczęło mi być po prostu lepiej z samą sobą, a i stosunek męża zaczął się zmieniać w momencie jak brzydko mówiąc zaczęłam go trochę olewać... i kilka razy powiedziałam że żadnemu dziecku nie będzie potrzebny taki ojciec który nie daje wlasnemu dziecku wsparcia od pierwszych dni. I kilka razy uświadomiłam mu że swoim zachowaniem szkodzi dziecku. Odpowiedz Do tych "zadr" się dopiszę. Miałam ich naprawdę sporo, część pochodziła z "docierania się", na które nałożyła się ciąża i hormony, a część z niezgodności charakterów mojego i eks męza, zaś chyba największa część z egoizmu Eksa, którego zresztą się do tej pory nie pozbył, ale to już nie moje zmartwienie. Niezależnie od źródeł też wydawało mi się, że nigdy nie wybaczę, nigdy nie zapomnę i nigdy nie przejdę nad tym do porządku dziennego. Z tych trzech gróźb spełniła się tylko jedna: nie zapomniałam. Za to wybaczyłam i przeszłam do porzadku dziennego. Jednak nawet ta pamięc jest pamięcią bez emocji i bez żalu. Akurat to nie ma związku z tym, że jesteśmy po rozwodzie- proces zaczął się wtedy, kiedy byliśmy jeszcze małżeństwem. Widać stąd, że każda taka subiektywna krzywda jest do naprawienia, jeżeli tylko "krzywdzący" się stara. A i kobieta w trakcie rozmaitych przemian i dojrzewania (bo macierzyństwo na ogół gwarantuje kurs dojrzałości w przyspieszonym tempie) patrzy na różne sprawy inaczej i chyba bardziej wyrozumiale. Tak więc nie nastawiaj się, Monia, negatywnie, bo choć naprawdę Cię rozumiem, to mam uzasadnioną nadzieję, że mąż Cię jeszcze pozytywnie rozczaruje i wiele z tych zadr przestanie się jątrzyć :) Pierwszy rok dziecka jest najbardziej wyczerpujący fizycznie, psychicznie i małżeńsko. Nie to, że chcę Was straszyć, ale lepiej zawczasu umowić się z samym sobą na duży dystans do problemów. Inaczej można się zajechać psychicznie, a czas i tak nam udowodni, że nerwy nie były potrzebne. Kerala Odpowiedz Agusiek napisał(a): ale wszystko to może się nagle z dnia na dzień odmienić i z pewnością tak będzie. Monia, jak masz ochotę płakać, to płacz, myślę, że to lepsze, niż masz tłumić emocje i trzymac to wszystko w sobie. Kerala pisała o gazetach, które przedstawiaja ciążę i relacje między partnerami prawie tylko w różowym świetle. Ja tylko dodam, że dla mnie dodatkowym powodem frustracji było to co czytałam na Forumi. Wszystkie dziewczyny pisały o swoich kochających mężach, głaszczących i gadających do ich brzuchów, czytałam to i czułam się jeszcze gorzej:( A teraz z perspektywy czasu wiem, że nie potrzebnie. Dla mnie ciąża to naprawdę był kiepski psychicznie czas i obwiniałam o to mojego męża, on zaś obwiniał mnie, że wszystko się posypało przez moje ciagłe gadanie, itp, itd... Teraz, tak jak pisałam jest ok, ale: Agusiek napisał(a):Jest parę takich rzeczy które siedzą baaaardzo głęboko we mnie i których nie zapomnę dłuugo niestety i ja niestety też... Ze mną było jeszcze o tyle źle, że ja przed wszystkimi ukrywałam jaka jestem nieszczęśliwa. Przed rodziną i znajomymi zgrywałam szczęśliwą ciężarówkę. A to też zupełnie niepotrzebnie... Odpowiedz Wiesz Monia, najgorzej mi było jak mnie mąż poczęstował "komplementem" - łajza.... :( nie potrafił zrozumieć że nie nie chcę, czy nie nie daję rady tylko po prostu nie mogę :( Jest parę takich rzeczy które siedzą baaaardzo głęboko we mnie i których nie zapomnę dłuugo :( niestety..... Brakuje naszym panom wyrozumiałości czasem, cierpliwości.... ale wszystko to może się nagle z dnia na dzień odmienić :) Odpowiedz No bo nie ma co ukrywac: ciąża i narodziny dziecka są momentem kryzysowym, bo zmienia się hierarchia wartości chociażby. Ale są też inne powody. Najgorzej zaś podejmować jakieś ostateczne decyzje typu rozstanie w okresie burzy i naporu. Dopóki pogoda się nie ustabilizuje warto się wstrzymać z decyzjami. Z drugiej strony jest też dodatkowy czynnik w postaci presji mediów rodzinnych i dzieciowych. Karmi się nas frazesami typu "to najpiękniejszy czas w związku dwojga ludzi", podsuwa się opowieści z życia, jak to Kazio masował Marioli opuchnięte stopy i czytał o rozwoju życia płodowego człowieka, zamieszcza ankiety "jak bardzo twój mąz kocha dzidziusia". U każdej kobiety, której ciąża i macierzyństwo odbiega od tego sztucznego wzorca, może pojawić się dość zrozumiała frustracja. A ja Wam powiem ze swojego skromnego doświadczenia, że rzadko który mężczyzna jest w stanie przeżywac ciążę partnerki bez zadawania sobei pytań, wątpliwości, niepewności i bez utraty bezpieczeństwa. Na szczęscie potem najczęsciej wraca to do normy. Warto jednak przypominać sobie od czasu do czasu, że na nic nie ma reguły, a już na pewno nie ma reguły na "jedyną prawidłową i wzorcową relację przyszłych rodziców". Bo ludzie są różni. Tak po prostu. Zagubiony mąż cięzarnej kobiety może byc fenomenalnym ojcem. Ojciec, którego męczy noworodek, może być swietnym kumplem dla trzylatka, bo dopiero wtedy odkryje pełną więź z dzieckiem. A są też tacy ojcowie, których do rany można przykładać przez dziewięć miesięcy ciąży, zaś po porodzie potrafią opuścić rodzinę. Tu nie ma reguł, każdy związek sam przechodzi ten sprawdzian. Dlatego lepiej nie martwić się na zapas i spokojnie robić swoje. kerala Odpowiedz Agusiek napisał(a):Monia, jak zaszłam w ciążę to myślałam że będzie to najradośniejszy okres w naszym życiu... a tu porażka... z mojego męża nagle wyszło kapryśne małe dziecko, które na domiar wszystkiego zaczęło być ze wszsytkiego niezadowolone, a najbardziej to już ze mnie.... na szczęście powoli wychodzimy już z tego ponurego okresu, choć zdarzają się nam jeszcze bardzo złe dni, ale był czas kiedy poważnie myślałam o rozstaniu :( No i u mnie jest identycznie....wszystko było napoczątku dobrze...a potem nagle zaczeło się psuć...dlaczego nie jest tak a nie tak...ciągłe wyrzuty, pretensje itp....mąż chciałby aby wygllądała jak piękna modelka...a ja naprawdę żle nie wyglądam...no wiadomo jak każda kobietka w ciaży...staram się dbać o Siebie a nie leżeć do góry brzuchem.... Tłumaczę mu ,że po porodzie wszystko będzie tak jak dawniej ale on chyba tego nie rozumię Agusiek napisał(a):I tak sobie myślę, że w momencie kiedy przychodzi tak ogromna zmiana w naszym życiu to nasi panowie po prostu przestają sobie w pewnym momencie z tym radzić. Jedni wczesniej drudzy później, przeraża ich perspektywa wychowywania dziecka, zmian z tym związanych, odpowiedzialności. Nie czują tak jak my pierwszych ruchów dziecka, nie są z dzieckiem tak emocjonalnie związani jak my dopóki tego dziecka nie zobaczą.... a jednocześnie widzą jak my się zmieniamy i psychicznie i fizycznie i budzi to w nich napewno frustrację. Rosną nam brzuchy, mamy różne dziwne dolegliwości, nie wyskoczymy z nimi na wyprawę w góry, czy potańczyć do białego rana ;) Zdają sobie sprawę z tego że przestają być jedynym obiektem naszych uczuć i zainteresowań i robią się zazdrośni. Jeśli do tego dojdą jakieś problemy związane z innymi sprawami, tak jak u Was może jest to budowa domu to po prostu zaczyna ich to przerastać i oddalają się od nas, ze strachu, ze zmęczenia, z niepewności. I wiesz wydaje mi się że nie ma na to rady. Może trzeba pozwolić im na oddalenie po to żeby mogli wrócić... Wiem że jest Ci ciężko, ale spróbuj skupić się na czymś innym, oczywiście nie zapominając o swoim mężu, ale też nie staraj się za wszelką cenę być jak najbliżej niego. Trzymam kciuki żeby się poukładało :usciski: Napewno jest wiele prawdy w tym co piszesz...oni poprostu nie wiedzą i nie zdają sobie sprawy z tego jak to jest być w ciaży...czasem mój mąż się dziwi...że jest mi źle...że jestem słaba...jego zdaniem powinnam biegać ,ćwiczyć a ja nie mogę...mam zakaz od lekarza i tego się trzymam A najgorsze jest chyba w tym wszystkim to ,że nie wolno Nam się kochać....już od ponad 7 miesiący...ale staram się aby nie zabrakło męzowi, czułości, pieszczot irp...ale jemu chyba poprostu brakuje sexu....czasem ma wrażenie, ze on żałuje, ze chcieliśmy miec dziecko...bo myślał ,że wszystko będzie dobrze...a niestety juz na poczatku pojawiły się problemy Dziękuje Wam za wszystkie rady i za wszystkie ciepłe słowa Odpowiedz patt napisał(a):Może właśnie chodzi o to o czym pisała fagih?? Może daj mu trochę odpocząć i spróbuj sama się sobą zająć a jego przez chwilę nie zaczepiać, może wtedy sam do Ciebie przyjdzie. Może on jest już trochę zmęczony wszystkimi obowiązkami, ale wstyd mu się przyznać. A może u Was jest tak samo jak u Martusi i jak dziecko się urodzi wszystko znowu będzie ok. Trzymaj się cieplutko, wszystko na pewno się ułoży. A jakbyś chciała się wyżalić pisz do nas. Własnie tak postanowiłam zrobić...zabrałam się za przygotowania do porodu....piorę, prasuje, układam itp...staram się sobie sama poświecić czas....zadbać o Siebie....bo potem to już nie będzie na nic czasu...mam nadzieje, ze będzie u mnie tak jak u Martusi Odpowiedz Martusia napisał(a):Monia, u mnie było podobnie. Przez prawie cała ciążę układało mi się z mężem fatalnie. Na palcach mogę policzyć dni, których w czasie ciązy nie przepłakałam. To był naprawdę koszmar. B. poważnie myślałam o rozstaniu, ale z drugiej str chciałam poczekać i zobaczyć jak to będzie gdy urodzi sie dziecko. No i zmieniło się wszystko! I to już następnego dnia po porodzie. Znowu poczułam sie szczęśliwa i to nie tylko za sprawą dziecka, ale i mąz zminił swoje zachownie o 360 st. Znów był czuły i kochany, bardzo się starał znaleźć dla mnie więcej czasu. I jest tak do tej pory. Życzę Ci żeby i u Ciebie tak się ten kryzys zakończył. Nie wiem tak do końca dlaczego tak się między nami posypało w tym czasie, ktory powinniśmy spędzić razem (ciąża). Po częsci to pewniw strach i b. duża odpowiedzialność (my budowę domu mamy na szczęście za sobą, ale to też dla mojego męża był ciężki czas, więc i dla związku ciężki ), a poza tym odkryłam (niestety dośc późno), że on był o to nienarodzone dziecko zazdrosny! Dla mnie to było nienormalne, ale podobno niektórzy faceci tak mają (ale nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że mojego męza to dopadnie, natomiast już po porodzie zakochał sie w Maćku od pierwszego wejrzenia;)) - może i Twój mąż tak ma?! A poza tym, ja całą ciążę przesiedziałąm na zwolnieniu i z perspektywy czasu mogę się przyznać, że kurcze też nie byłam jakaś super słodka... Trzymaj się Monia i nie martw się! Bardzo Ci dziękuje za te słowa....jakbym czytała o sobie samej....dokładnie ja też myslałam ,że będzie tak cudnie bo przecież tak chcieliśmy tego maluszka a tu takie roczarowanie....ja też prawie codziennie płaczę...staram się nie denerwowac ale to jest silniejsze ode mnie....mam tylko nadzieje, że u mnie też będę takie zmiany po pordzie...marzę o tym i modle się kazdego dnia..aby tylko było lpeiej... Z tą zazdroscią to coś jest....też mam wrażenie, ze mój mąż chyba boi się o to ,że ja będę tylko poświęcać się Małej a dla niego już mi nie starczy czasu...a to przecież nie prawda....będę się jemu starała poświęcić każdą wolną chwilkę...przecież ja nadal bardzo mocno go kocham Odpowiedz Monia, jak zaszłam w ciążę to myślałam że będzie to najradośniejszy okres w naszym życiu... a tu porażka... z mojego męża nagle wyszło kapryśne małe dziecko, które na domiar wszystkiego zaczęło być ze wszsytkiego niezadowolone, a najbardziej to już ze mnie.... na szczęście powoli wychodzimy już z tego ponurego okresu, choć zdarzają się nam jeszcze bardzo złe dni, ale był czas kiedy poważnie myślałam o rozstaniu :( I tak sobie myślę, że w momencie kiedy przychodzi tak ogromna zmiana w naszym życiu to nasi panowie po prostu przestają sobie w pewnym momencie z tym radzić. Jedni wczesniej drudzy później, przeraża ich perspektywa wychowywania dziecka, zmian z tym związanych, odpowiedzialności. Nie czują tak jak my pierwszych ruchów dziecka, nie są z dzieckiem tak emocjonalnie związani jak my dopóki tego dziecka nie zobaczą.... a jednocześnie widzą jak my się zmieniamy i psychicznie i fizycznie i budzi to w nich napewno frustrację. Rosną nam brzuchy, mamy różne dziwne dolegliwości, nie wyskoczymy z nimi na wyprawę w góry, czy potańczyć do białego rana ;) Zdają sobie sprawę z tego że przestają być jedynym obiektem naszych uczuć i zainteresowań i robią się zazdrośni. Jeśli do tego dojdą jakieś problemy związane z innymi sprawami, tak jak u Was może jest to budowa domu to po prostu zaczyna ich to przerastać i oddalają się od nas, ze strachu, ze zmęczenia, z niepewności. I wiesz wydaje mi się że nie ma na to rady. Może trzeba pozwolić im na oddalenie po to żeby mogli wrócić... Wiem że jest Ci ciężko, ale spróbuj skupić się na czymś innym, oczywiście nie zapominając o swoim mężu, ale też nie staraj się za wszelką cenę być jak najbliżej niego. Trzymam kciuki żeby się poukładało :usciski: Odpowiedz Może właśnie chodzi o to o czym pisała fagih?? Może daj mu trochę odpocząć i spróbuj sama się sobą zająć a jego przez chwilę nie zaczepiać, może wtedy sam do Ciebie przyjdzie. Może on jest już trochę zmęczony wszystkimi obowiązkami, ale wstyd mu się przyznać. A może u Was jest tak samo jak u Martusi i jak dziecko się urodzi wszystko znowu będzie ok. Trzymaj się cieplutko, wszystko na pewno się ułoży. A jakbyś chciała się wyżalić pisz do nas. Odpowiedz Acha, no i chciałam jeszcze dodać, że u nas kolacje we dwoje i inne tego typu pierdoły nie dawały zadnych rezultatów. Od następnego dnia znów było tak samo. Pomogło urodzenie dziecka;) A, i ja też mówiłam mojemu mężowi czego od niego potrzebuję, ale chyba mówiłam za często i on miał mnie już dość i rezultat był wręcz odwrotny. Odpowiedz Monia, u mnie było podobnie. Przez prawie cała ciążę układało mi się z mężem fatalnie. Na palcach mogę policzyć dni, których w czasie ciązy nie przepłakałam. To był naprawdę koszmar. B. poważnie myślałam o rozstaniu, ale z drugiej str chciałam poczekać i zobaczyć jak to będzie gdy urodzi sie dziecko. No i zmieniło się wszystko! I to już następnego dnia po porodzie. Znowu poczułam sie szczęśliwa i to nie tylko za sprawą dziecka, ale i mąz zminił swoje zachownie o 360 st. Znów był czuły i kochany, bardzo się starał znaleźć dla mnie więcej czasu. I jest tak do tej pory. Życzę Ci żeby i u Ciebie tak się ten kryzys zakończył. Nie wiem tak do końca dlaczego tak się między nami posypało w tym czasie, ktory powinniśmy spędzić razem (ciąża). Po częsci to pewniw strach i b. duża odpowiedzialność (my budowę domu mamy na szczęście za sobą, ale to też dla mojego męża był ciężki czas, więc i dla związku ciężki ), a poza tym odkryłam (niestety dośc późno), że on był o to nienarodzone dziecko zazdrosny! Dla mnie to było nienormalne, ale podobno niektórzy faceci tak mają (ale nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że mojego męza to dopadnie, natomiast już po porodzie zakochał sie w Maćku od pierwszego wejrzenia;)) - może i Twój mąż tak ma?! A poza tym, ja całą ciążę przesiedziałąm na zwolnieniu i z perspektywy czasu mogę się przyznać, że kurcze też nie byłam jakaś super słodka... Trzymaj się Monia i nie martw się! Odpowiedz Monia, zawsze mogę z Tobą pogadać. Rozumiem Cię doskonale. Jeśli masz ochotę to w ciągu dnia dostępna jestem na gg nr 1564537. Odpowiedz ewa78 ślicznie Ci dziękuje za te słowa...są dla mnie bardzo ważne...przynajmniej wiem...że ktoś przechodził przez to co ja...i ktoś może mi zawsze doradzic.....ja też mam nadzieje, że bedzie lepiej niz jest teraz Odpowiedz Coś, mnie wywaliło świat to zmienią się relacje pomiędzy wami. Trzymam kciuki Odpowiedz Monia, jakbym widziała siebie sprzed czterech lat. Dokładnie to samo przechodziłam. Ciąża, samotność (nowe miejsce zamieszkania i brak bliskich i znajomych) i zapracowany, gburowaty mąż. Powiem Ci jedno. Nie warto płakać, szkoda Twoich łez, a podobno dzidziuś też wyczuwa Twoje emocje. Musisz znaleźć coś co pochłonie Twój wolny czas i nie pozwoli Ci na złe myśli. Jestem przekonana, że to jest chwilowe i z momentem przyjścia dzidzi na Odpowiedz Dziękuje Wam za wszystkie dobre słowa.... Napewno macie racje....staram się jakoś do niego dotrzeć...mówię mu ,że oczekuje trochę ciepła, zrozumienia, pomocy, rozmowy...że jest mi naprawdę ciazko nie tylko psychicznie ale również fizycznie...ale on jakby tego wogóle nie rozumiał.... a ja już nie wiem jak do niego dotrzeć... Teraz są ostatnie tygodnie kiedy możemy się nacieszyc sobą...bo jesteśmy tylko we dwoje...a po porodzie wiadomo spadnie na Nas mnustwo nowych obowiązków...i raczej będzie mało czasu dla Nas dwojga....mam nadzieje, że może to tylko taki czas...kiedy On potrzebuje chwil dla siebie, chce się jakoś przygotować do roli ojca i wszystko sie zmieni...staram się być dobrej myśli....mam nadzieje, że się uda Odpowiedz Ja dodałabym jeszcze jedną możliwą przyczynę. Sama pisałaś w innym wątku, że czujesz się samotna, nieco opuszczona, że z bliskich osób został mąż, że nie masz z kim wyjść, oderwać się od domu. Być może to również za dużo dla niego - dom, praca, uczenie się życia z żoną, ciąża plus jeszcze obowiązek rozmawiania, słuchania, zajęcia się żoną, która się zbytnio na nim niechcący koncentruje. Nie wiem jak u Was do tej pory bywało ale my oboje z mężem zarówno przed ślubem jak i teraz miewamy okresy 'zmęczenia materiału'. Jest czas, kiedy oboje odczuwamy wzmożoną potrzebę przebywania ze sobą, przytulania, rozmowy, choćby o dup...elach. Są również momenty, kiedy mamy tego serdecznie dość, potrzebujemy chwili luzu, żeby nie zostać 'zagłaskanym'. Gorzej, kiedy takie okresy nie są ze sobą styczne - wtedy zdarzają się tarcia. Odpowiedz Zawsze zostaje dobry psycholog, który potrafi poukładac emocje, może pomóc. A są i darmowe spotkania, więc się tu nie przejmuj pieniędzmi, trzeba go tylko znaleźć. Tak jak już padło, może to mieć (a raczej na pewno) swój powód w budowie domu, Twoim stanie zdrowia, ogólnie może się martwić czy podoła. Mężczyźni inaczej to pojmują - najpierw musi pochodzic ze zmarszczonymi brwiami (a kobieta już truchleje na ów widok ;) ), by powiedzieć z różami i czekoladą - poradzimy sobie! Odpowiedz Monia, kryzysy trwają czasami dluzej niz pare dni. 2-3 miesiace sie zdarzaja nie tylko ze sie denerwujesz, bo nie jest to dobre alni dla ciebie ani dla dzieciatka. Nie wiem ile ze soba jestescie, ale w kazdym zwiazku sa momenty kiedy jest gorzej,wlasnie takie, kiedy czlowiek potrafi w najblizszej osobie znalezc tylko wady, nie docenia tego, co ma i cootrzymuje od tej drugiej osoby kazdego dnia. Bywa tak kiedy na czlowieka spadnie za duzo. Wierz mi, znam to z autopsji z ostatniego miesiaca. Tylko ze to ja bylam ta osoba, ktora w mezu nie widziala nic sensownego. Dlatego wiem jak ty sie czujesz, ale umiem tez zrozumiec twojego meza. Wierze ze wszystko sie ulozy u was :) Odpowiedz zgadzam sie z dziewczynami - moze on czuje sie przytloczony, bo za duzo na niego spadlo naraz? proponuje znalezc jakis wolniejszy wieczor, ugotowac cos pysznego i wykwintnego i urzadzic kolacje przy swiecach. ale nie tak, zeby po niej nastapila rozmowa i znow padly powazne oskarzenia, ale zupelnie na luzie. po kolacji polozcie sie obok siebie i poprostu poprzytulajcie - tak zeby przywolac te bliskosc, ktora jeszcze niedawno miedzy wami byla. sporobuj, moze to zadziala? po jego reakcji bedziesz mogla ocenic czy to tylko chwilowa sprawa czy tez moze dzieje sie cos powaznego. Odpowiedz a powiedzialas mu czego ze tego od niego potrzebujesz teraz? bo moze on nie zdaje sobe sprawy z tego ze Ci ciezko (faceci nie bywaja w ciazy) no i glowa do gory, to na pewno kwestia hormonow, brzydkiej pogody itp... bedzie dobrze!! :goodman: Odpowiedz Brydzia, ciąża nie wyklucza bliskości fizycznej ;) 8) Monia, daj sobie trochę czasu. Dystansowanie się od ciążowych hormonów, kiedy jest się w ciązy wychodzi raczej średnio. To tak jakbyś próbowała obejrzeć pralkę z zewnątrz jednoczesnie wirując w jej bębnie. No i zostaje jeszcze to wyświechtane "docieranie się". Jeżeli tylko nie dzieje się nic dramatycznego- zrelaksuj się, obejrzyj sobie coś przyjemnego, poczytaj coś optymistycznego, zrób sobie miły wieczór we dwoje lub pojedynczo, może wyjdź do kina i spokojnie poczekaj. Przed Tobą ostatnie miesiące, które należą wyłącznie do Ciebie i męza. Potem trzeba się będzie nimi dzielić z kimś trzecim. Tak więc głowa do góry, znajdź sobie jakieś miłe zajęcie i po prostu się trzymaj. Kerala Odpowiedz wiesz, co a moze on po prostu jest troszkę zmęczony twoim brzusiem, brakuje mu delikatnie mówiąć... bliskości w sensie fizycznym. Sama nie wiem, ja myślę, ze trzeba to przezczekać. Odpowiedz Brydzia napisał(a):Cóż ja mogę powiedzieć, ostatnio nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona do świata, ale moze warto się na siebie barziej otworzyć, moze częściej wychodzcie do kina, na spacery...Moze pomoże się bardziej zblizyć do siebie. Naprawdę próbowałam....ale nie udaje się...na spacerach to przeważnie ja mówię..a mąż tylko czasem coś odpowie...zresztą tu praca...tu budowa domu...ja jestem przy Nim rozmawiam o budowie, pocieszam go jeśli coś jest nie tak...i oczekiwałabym tego samego...a on wogóle nie zwraca na mnie uwagi....już naprawdę nie wiem co robić Odpowiedz Cóż ja mogę powiedzieć, ostatnio nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona do świata, ale moze warto się na siebie barziej otworzyć, moze częściej wychodzcie do kina, na spacery...Moze pomoże się bardziej zblizyć do siebie. Odpowiedz
#1 straciłam ciążę w czerwcu tego roku, na drugim badaniu okazało się, że serduszko dziecka nie bije. Wg obliczeń "okresowych" był to 13. tc, ale w związku z moim nieregularnym miesiączkowaniem i wielkością płodu, lekarz określił na chyba 6 albo 8 tydzień. Nie pamiętam już... Nie umiem zapomnieć o tym, co się stało. Co miesiąc wszystko wraca, wspomnienia ze szpitala, ból, krwawienie... Jakoś nie bardzo mogę sobie z tym poradzić. Nie umiem też o tym rozmawiać z bliskimi (siostrą, kuzynką...). Nie mam ochoty żyć, nienawidzę wspomnień... Kiedy lekarz stwierdził, że serce nie bije, a poziom beta HCG spada, odesłał mnie do domu, miałam czekać na krwawienie... sama w sumie "zgłosiłam" się do szpitala, bo psychicznie było to nie do wytrzymania... dostałam tabletki na wywołanie krwawienia i zrobili łyżeczkowanie. Rozumiem wszystko, że musiała to być jakaś wada genetyczna itd. ale dlaczego nie umiem się z tym pogodzić? Dlaczego nie mogę odpuścić, a wszystko co chwilę do mnie wraca? Jak można pójść dalej i żyć "normalnie" po tym wszystkim? Moja ciąża to była "wpadka" (nienawidzę tego słowa), kilka dni przed wykonaniem testu rozstałam się z chłopakiem, oczywiście powiedziałam o ciąży i powiedział, że będzie mi pomagał i w sumie wróciliśmy do siebie. Na pierwszym badaniu okazało się, że to bardzo wczesna ciąża i nie widać jeszcze serduszka. Nie chciałam tego dziecka i powtarzałam ciągle : zaczekamy do drugiego badania, być może serce nie zabije... Jak mogłam tak mówić? Nie mogę sobie tego wybaczyć... Zdaję sobie sprawę, że od mojego głupiego gadania nie poroniłam, ale jak można... Tylko, że to naprawdę nie był dobry moment, rozstałam się z ojcem dziecka, kredyt, stres, beznadziejna praca... nie widziałam wyjścia i nie wiedziałam, że może być dobrze... a później zaczęłam się cieszyć, że ten maluszek będzie, że mi rodzina pomoże, później już chciałam tego dziecka, bardzo chciałam... Może za bardzo... za tydzień mam wizytę u psychologa... Ale czy to coś pomoże... Straciłam chęć do życia... Nic mi się nie chce... Wszystko jest beznadziejne. Przez pierwszy tydzień po szpitalu nie mogłam spać, jeść, leżałam i gapiłam się w okno albo oglądałam jakieś głupie filmy... Później wróciłam do pracy, do ludzi i niby było ok, ale to wciąż powraca...Jak sobie z tym radzić? Tak bardzo chciałabym zapomnieć... Albo sprawić, żeby było inaczej... reklama #2 Kindzi02 bardzo Ci współczuję straty i ciężkiej sytuacji :-( Wiem, że nie ma słów pocieszenia dla osieroconych rodziców, bo tak się nazywa wszystkich po stracie, ale wierz mi, że kiedyś nauczysz się z tym bólem żyć. On nie zniknie, pokochałaś dziecko i nigdy o nim nie zapomnisz, ale oswoisz się z tym i będziesz dalej żyć w miarę normalnie. Ja jestem w innej sytuacji, bo straciłam dziecko dwa dni po narodzinach. Dziecko zaplanowane i kochane od samego początku. Mnie dalej iść pomogła wiara. Nie wiem czy jesteś katoliczką, czy nie. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na dwóch fajnych księży, nawet na ginekologa-siostrę zakonną. Sama rozmowa, nie wspominając o spowiedzi dużo mi dały. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, przez to co się stało zupełnie inaczej teraz patrzę na życie. Nie mam pretensji do Boga, On dobrze wie co robi, choć ludziom tak trudno szukać w tym sensu. Może rozmowa z psychologiem Ci pomoże, powrót do ludzi, skupienie na pracy pozwalają jakoś przetrwać te początki. Ale nie zapomnisz nigdy, nie da się. Najgorsze będą daty rocznic, planowanej daty porodu itp. Życzę Ci z całego serca, aby się jakoś ułożyło, abyś znalazła ukojenie. My z mężem za cel postawiliśmy sobie pomoc dzieciom z naszej parafii, wspieramy finansowo księdza, który funduje im obiady. Nie możemy nic dać naszemu dziecku, to chociaż pomożemy innym. Może spróbuj się w coś podobnego zaangażować? Może jakiś wolontariat? Człowiekowi pomaga sama myśl, że komuś jest potrzebny, kogoś wspiera. I nie poddawaj się. Jeszcze będziesz mamą i wszystko się ułoży. Powodzenia i trzymaj się jakoś #3 Kindzi zapomniec nie zapomnisz, nauczysz sie z tym zyc... to wszystko wciaz wraca do Ciebie, bo sama sie obwiniasz za swoje mysli... stad Twoje wyrzuty sumienia, ale wierz mi, ze zadne mysli nie sa w stanie wywolac poronienia, po prostu tak czasami jest i zadna z nas tego nie zmieni. Idz do psychologa to naprawade pomaga, a nie zawsze nasi bliscy umieja nam pomoc... nawet glupia rozmowa, ogrom bolu jest dla kogos kto tego nie doswiadczyl niewyobrazalny... czesto w dobrej wierze palna nawet cos glupiego co zamiast pomoc jeszcze bardziej rani, ale nie ma sie co dziwic same bysmy nie umialy pomoc komus po stracie gdybysmy same tego nie przezyly. Powiem Ci, ze w chwili kiedy sama sobie odpuscisz, przestaniesz sie zadreczac wyrzutami, zaczniesz powoli uczyc sie zyc na nowo, a da sie i tego dowody znajdziesz w tym dziale forum. #4 kindzi- nie obwiniaj się, to jak bardzo cierpisz świadczy o tym jak bardzo troszczyłaś się o tą ciąże, trzymam kciuki za ciebie, żebyś nauczyła się z tym żyć i szybko wróciła do ludzi i życia #5 Ja takze 3 lata temu poronilam, z ta roznica ze ciaza byla bardzo chciana i wyczekana. nigdy tego dnia nie zapomne, nigdy sie z nim nie pogodze. Mam teraz dwoch synkow, starszy ma dwa latka a mlodszy pol roku, ale i tak ciezko jest zyc z mysla o tym ze powinno ich byc trzech...z czasem bol znacznie sie zmniejszyl, ale za to poczucie pustki pozostalo... ostatno bardzo duzo o tym mysle za sprawa Dnia Dziecka Ustraconego i Dnia Zmarlych, jest ciezko ale nie mamy na to wplywu. Z czasem nauczysz sie z tym zyc. #6 dziękuję Wam bardzo, dobrze wiedzieć, że ktoś rozumie...jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobię, ale fakt, trzeba jakoś zacząć żyć... Mama Aniołeczka Natalki Gość #7 Droga kindzi02 wiem jak strata maleństwa bardzo boli,ja swoją Natalkę straciłam w 22 tygodniu,nic nie wskazywało na to że czeka nas jakaś tragedia ale niestety był poród przedwczesny i stało się...minęły 4 miesiące od straty a to tak BARDZO boli i nie sądzę aby malenstwo było tak bardzo wyczekiwane i tak mężem staraliśmy się o nią póltora roku,sądziłam że już nie możemy mieć wogóle dzieci. Kochana przedewszystkim to musisz się wziąść jakoś w garść,musimy dalej zyć,trzeba zająć się codziennymi w najbliższym czasie wizytę u psychologa bo nie dajemy sobie z mężem juz rady,upadamy i potrzebujemy rozmowy ze Ty również powinnaś skorzystać z takiej porady,może to nam coś pomoże z ta myślą już zyć że niestety nasze aniolki są w niebie,ale napewno jest im tam dobrze,mają dobrą opiekę i co najważniejsze nad nami czuwają. Ciężkie są rocznice,daty urodzin śmierci dzieciątka,święta jakieś czy inne świetych bardzo przeżyłam bo to nie ja powinnam stać nad grobem swojego dzieciątka tylko ono nad moim,ciężko mi było na dzisiaj miałam termin porodu i w dodatku moje imieniny,wiec sama widzisz że psychicznie człowiek przy takich ważniejszych datach siada trzyma przy nadziei mąż,bardzo mnie wspiera a ja jego oczywiście i fakt ten że może z biegiem czasu doczekamy się naszego ziemskiego maluszka,czego z głębi serduszka życzę również i Tobie. Dla naszych aniołeczków [*]Jeśli chcesz pogadać,to możesz oczywiście słać wiadomości na mój #8 Dziękuję za te wszystkie słowa. Ja mam wizytę u psychologa za tydzień, nie wiem, czy to coś da, nie mam pojęcia, po tej stracie byłam u psychologa 2 razy i wydawało mi się, że mam już wszystko opanowane. Ale z czasem jest coraz gorzej, czuję coraz większą pustkę. Jakby mi ktoś kawałek duszy wyszarpał. Byłabym w siódmym miesiącu...to jest dla mnie nie do przejścia. Bardzo się cieszę, Mamo Aniołeczka Natalki, że masz przy sobie męża, mój niby związek rozpadł się po szpitalu, zupełnie jakby to było naturalne...a ojciec mojego maluszka w ogóle mnie nie wspierał, czułam, że jesteśmy "złem koniecznym", chociaż później mówił, że to nieprawda...nieważne już. Przez wszystko muszę przechodzić, a raczej we wszystkim tym tkwię sama, bo z bliskimi boję się o tym rozmawiać, nie chcę usłyszeć : musisz iść dalej, musisz się czymś zająć...nie mam ochoty, nie mam siły, nie chce mi się żyć. Za chwilę mam dostać miesiączkę i znów wszystko wróci. Wymuszone krwawienie (moje poronienie było wywołane sztucznie), ból...mam już coraz mniej siły. Ten rok był po prostu okropny, z każdym miesiącem coraz gorzej...pewnie w końcu się jakoś wszystkie pozbieramy, czas wymaga czasu. To takie ciężkie.. #9 kindzi02 - Kochana, ja rodziłabym za 2 tygodnie .... Też usłyszałam wyrok - serce nie bije ... To przez co trzeba przejść jest bardzo trudne ... Mnie pomogła wiara i namacalna wręcz obecność Boga ... Nie ma dnia gdy nie pomyślałabym o swoim skarbie ... Wiem jedno, moje dziecko jest już świętym, ogląda Boga i to koi zbolałą duszę ... Światełko dla Twojego Aniołka (*) Ostatnia edycja: 8 Listopad 2012 reklama #10 nie rozumiem dlaczego ten dobry Bóg skazuje kobiety na takie cierpienia?
Proszę o radę mam męża starszego o 11 lat dwie za mąż bardzo młodo zaszłam w ciąże znaliśmy się niecały rok. Rok temu go go nie kochałam. Żyjemy zgodnie rzadko uprawiamy sex. Nie czuję do męża nic oprócz tego że jest moim się myślą że nigdy nie będę szczęśliwa nigdy nie przeżyłam z mężem takiej namiętności stanu nie czuję żadnej więzi z dobrym człowiekiem ale nie wiem czy mogę normalnie tak dalej żyć jestem w rozsypce. KOBIETA, 34 LAT ponad rok temu Jak radzić sobie z kryzysem? Zadręczanie się i bycie w rozsypce nie służy ani Pani, ani mężowi, ani córkom. Może byłaby Pani skłonna zaprosić męża na terapię małżeńską? Mogliby Państwo szczerze porozmawiać o swoich uczuciach i potrzebach, i wspólnie - albo osobno - podjąć decyzję, czy Państwa relacja może być jeszcze satysfakcjonująca, czy raczej będą Państwo woleli ją zakończyć, minimalizując "straty". Jeżeli mąż nie da się namówić na wspólną terapię, Pani sama mogłaby skorzystać z kontaktu z psychologiem. Obiektywna i życzliwa osoba pomoże Pani poukładać sobie myśli, uczucia, plany. 0 Witam, proszę rozważyć udanie się z mężem na terapię dla par. Będą tam Państwo mieli okazję zastanowić się nad przyszłością związku. To takiej formy psychoterapii konieczna jest jednak motywacja obojga z Państwa. Jeżeli maż nie chciałby brać w niej udziału może Pani podjąć psychoterapię indywidualną, gdzie również otrzyma Pani wsparcie oraz będzie miała okazję przyjrzeć się bliżej swoim uczuciom. Pozdrawiam 0 Nasi lekarze odpowiedzieli już na kilka podobnych pytań innych znajdziesz do nich odnośniki: Nie kocham już męża - co mam robić? – odpowiada Magdalena Pikulska Rozstanie z mężem i ciąża – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Jak skutecznie odciąć się od byłego, który mnie zostawił i przezwyciężyć lęk, że będę sama do końca życia? – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Jak przekonać męża do terapii małżeńskiej? – odpowiada Mgr Kamila Drozd Problemy z alkoholem po stracie męża – odpowiada Mgr Zuzanna Starczewska Jak poprawić relacje w małżeństwie? – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Separacja z mężem – odpowiada Mgr Maciej Rutkowski Brak porozumienia z mężem – odpowiada Maria Fraszewska Brak ochoty na seks z żoną od 4 lat po 6 latach małżeństwa – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Jak rozmawiać z mężem, który nie wykazuje zainteresowania? – odpowiada Mgr Agnieszka Jagielak artykuły
Świadomie mogę powiedzieć, że nienawidzę własnego męża. Jesteśmy małżeństwem od 25 lat, a ja nie mogę nawet patrzeć na niego bez pogardy i wstrętu. Zastanawiam się, a nawet boję, czy nie popadam w chorobę psychiczną. Ciągle się kłócimy i wzajemnie obwiniamy o wszystko, ja mam mu za złe, że sama musiałam się martwić o zdrowie, byt i wychowanie naszych dzieci, w końcu zaczęłam pić. Teraz trzeźwieję, ale go za to nienawidzę, bo uważam, że to z jego powodu wpadłam w alkoholizm. Jak wyrzucić z pamięci krzywdy, które mi wyrządził? Jak zapomnieć o braku wsparcia z jego strony? Jak mu wybaczyć? Niszczy mnie ta nienawiść i chciałabym się już z niej wyleczyć, a nie potrafię sama. Co robić? Jak ratować rodzinę? Musi Pani koniecznie korzystać z pomocy psychologa w swojej poradni uzależnień - samemu bardzo trudno spojrzeć obiektywnie na swoje życie i dostrzec mechanizmy, które powodują określone postawy i zachowania. Psycholog być może zaproponuje, żeby w terapii brał także udział Pani mąż. Pamiętaj, że odpowiedź naszego eksperta ma charakter informacyjny i nie zastąpi wizyty u lekarza. Inne porady tego eksperta
O podjęcie tego tematu zostałam poproszona już pierwszego dnia istnienia bloga. Pytanie jest przewrotne, bo zawiera w sobie tak naprawdę kilka pytań: Jak mam żyć z bałaganiarzem, żeby mnie któregoś dnia szlag nie trafił? Jak na bałaganiarza jednego wpłynąć, by przestał robić wokół siebie po prostu syf? Jak wpłynąć na męża, żeby pomagał mi w sprzątaniu? Postanowiłam przygotować się do tematu bardziej naukowo i przeprowadziłam wcześniej trochę wywiadów zarówno po stronie wenusowej, jak i marsowej. W pierwszej kolejności przypomnijmy sobie czym jest bałagan: Bałagan, to nie jest nie sprzątanie. To wynik niekończenia pewnych procesów. Brudny talerz lub szklanka, gdzieś na stole lub szafce to niedokończony proces spożywania posiłku. Zabrakło bowiem ostatniego czyli wyniesienia naczyń do kuchni i wsadzenia ich do zmywarki. Dalej rozpocząłby się proces sprzątania. Włączenie zmywarki, wyjęcie naczyń i schowanie ich do szafek lub zmycie naczyń ręcznie, wytarcie i schowanie do szafki. Pozostawione brudne ubrania gdzieś w łazience i porzucony ręcznik na podłodze, to niedokończony proces kąpania się. Zabrakło ostatniego, czyli wsadzenia ciuchów do kosza i powieszenia ręcznika na wieszaku, żeby miał szanse wyschnąć. Nie ma tu jeszcze mowy o sprzątaniu. Bałagan, to nieodkładanie rzeczy na miejsce – czyli niekończenie procesu korzystania z jakiejś rzeczy. Zajmijmy się zatem najpierw tym pierwszym aspektem, czyli robieniem przez męża bałaganu. Jak zaangażować innych domowników, w tym rzecz jasna męża, mam już zaplanowane na wpis dotyczący podziału obowiązków jeszcze w tym miesiącu. Przypominam, że to temat zamówiony – nie mam nic do mężów J, więcej nie uważam osobiście, że są oni jedynymi sprawcami bałaganu – kobiety potrafią dać w tej dziedzinie niezły popis. Z moich wywiadów wyłuskałam trzy najczęstsze typy bałaganiarzy, których można zidentyfikować po używanych zwrotach: „Przecież jest czysto” czyli nie zauważa bałaganu, a skarpetki w jakiś magiczny sposób teleportują się z miejsca, w którym je zostawił do kosza na brudną bieliznę, pralki a potem do szafki z czystymi rzeczami. „Ale o co Ci chodzi?” czyli nie identyfikuje bałaganu tak jak Ty. Dla niego rzeczy nie na swoim miejscu, to nie bałagan. Przecież jak ma wszystko na widoku, to łatwiej mu coś znaleźć, wie co ma itp. „Co Ci to przeszkadza?” czyli sama robisz bałagan, a jego się czepiasz. Zastanów się chwilkę, czy ten bałagan o który suszysz mu głowę przeszkadza Ci zawsze, czy tylko wtedy gdy masz zryw do sprzątania? Ciekawa jestem, z którym typem masz do czynienia? Spokojnie nawet jeżeli masz do czynienia nawet z mutantem, którego zaliczyłabyś to każdego typu, jest uniwersalny sposób by z nim nadal szczęśliwie żyć 🙂 Po pierwsze zastanów się, czy Twój mąż – wybranek Twojego serca, ten przystojniak, przy którym budzisz się każdego dnia i masz zamiar spędzić z nim resztę życia, nie był czasem bałaganiarzem od zawsze? Może endorfinowa fala tsunami już nie jest taka rwąca i teraz zaczyna Ci to przeszkadzać? Jeżeli akceptowałaś jego bałaganiarstwo na początku – to wybacz, on się nie domyśli o co Ci teraz chodzi. Jeżeli Twój mąż stał się bałaganiarzem, to uczyń również ten wysiłek i zastanów się na spokojnie dlaczego tak się mogło stać? Może to Ty wzięłaś od początku na siebie obowiązek sprzątania? „Kochanie zostaw ja odniosę” – czytaj taka jestem perfekcyjna pani domu. A może powód jest gdzie indziej – może zmienił np. pracę na bardziej angażującą i nie odnajduje się jeszcze w nowych obowiązkach, co może odbijać się na funkcjonowaniu w domu. Chcę, żebyś się nad tym zastanowiła, nie po to by znaleźć mu wymówkę lecz po to by Twoja głowa otworzyła się na to co powinno nastąpić dalej… Rozmowa Moim zdaniem można nią osiągnąć wszystko. Ważne tylko aby była ona odpowiednio przeprowadzona. Musisz mieć otwartą głowę. Zacznij ją gdy bliskie Ci będzie stwierdzenie, że On ma prawo bałaganić, a Ty masz prawo mówić o Tym, że Ci to przeszkadza, a żyjąc razem pod jednym dachem muszą być szanowane prawa wszystkich w jednakowym stopniu. Jak wynika z moich wywiadów. Mężczyźni najczęściej nie wiedzą, że to co robią (czyli ten nieidentyfikowany przez nich bałagan) przeszkadza ich partnerkom. Nie trafiłam na takiego faceta, który z pełną premedytacją stwierdziłby, że robi bałagan, by zrobić swojej żonie na złość, albo że kręci go widok styranej sprzątaniem partnerki z obowiązkowym fochem na twarzy. Twój mąż z pewnością też tak nie ma – przecież to bez sensu. Przecież Cię kocha i chce żebyś była szczęśliwa. Recepta jest prosta – powiedz co Cię uszczęśliwia. Teraz przepis: Przygotuj się do rozmowy. Możesz sobie wylistować co Ci przeszkadza. Rób tą listę przez kilka dni, tygodni w zależności od skali problemu. Oswój się z nią, żeby samo jej czytanie nie wprowadzało Cię nerwowy nastrój. Umów się z mężem na rozmowę. Nie wywalaj listy żali, gdy on jest czymś zajęty lub wrócił nabuzowany z pracy. Przygotuj go do tematu rozmowy i powiedz dlaczego Ci na tym zależy. Porozmawiajcie spokojnie i szczerze. Powiedz jak się czujesz z daną sytuacją, wylistuj te wkurzające rzeczy i powiedz jakich zmian oczekujesz. Umówcie się na zmiany. Pamiętaj, ten facet Cię kocha i chce żebyś była szczęśliwa (świadomie piszę to drugi raz) Te pierdoły, które sprawiają że możesz czuć się sfrustrowana, zła, zawiedziona mogą być naprawdę łatwe do wyeliminowania. Oczywiście możesz spróbować metod jak z dzieckiem, które opisywałam we wpisie: Jak nauczyć trzylatka sprzątać w swoim pokoju i po uprzednim ostrzeżeniu wyrzucić np. skarpetki, które nie są na miejscu do śmieci. Nie zapominaj jednak, że masz do czynienia z dorosłym człowiekiem, który traktowany jak dziecko może zacząć się tak właśnie zachowywać lub czuć się z tym po prostu źle. Gdy już przeprowadzisz tą szczerą rozmowę – zastanówcie się co możecie ulepszyć w swoim domu, żeby łatwiej było zachowywać porządek. Pamiętasz mój fragment wpisy, gdzie pisałam o tym jak rozprawiłam się z ubraniami, które lądowały na koszu na pranie, a nie w środku? Po prostu koszt stoi otwarty… i działa. On wrzuca ubrania, gdzie trzeba – ja robię pranie bardziej regularnie. To wymagało pewnego kompromisu – bo ja nie za bardzo lubię gdy koszt jest otwarty, ale cel został osiągnięty. Nie denerwuje mnie otwarty kosz – po prostu mi się nie podoba, ale zamknięty koszt ze stertą ciuchów na nim doprowadzał mnie do szału. Powodzenia i trzymam kciuki. Jeżeli potrzebujesz wparcia w przygotowaniu się do tej rozmowy możesz do mnie napisać architektporzadku@ Jeżeli chcesz podzielić się swoim sposobem który sprawdził się w Twoim związku, zostaw go w komentarzu poniżej – pomożesz w ten sposób Kobiecie, która musi poradzić sobie z takim problemem.
jak żyć z mężem którego nienawidzę